Młyn na myśli

A co jeśli?
Ile razy ja to słyszę z tyłu głowy? Ciągle! Codziennie! A co, jeśli ten samochód przede mną się zatrzyma, kierowca wysiądzie i stwierdzi z pewnością graniczącą z fanatyzmem, że mam coś przeciwko niemu? Będzie skłonny mnie pobić, zniszczyć samochód, wybić szybę, potem zęby, rozbić lusterka, albo moją głowę. A co, jeśli!? Może nagle okazać się, podczas mojej wizyty w banku, że zostałem z kimś pomylony, albo co gorsza, ktoś wykorzystał moje dane do celów przestępczych, za co poniosę odpowiedzialność prawną, zostanę skazany prawomocnym wyrokiem przez sąd najwyższy, a podczas otwartej debaty z mediami pokażą moją twarz, która z przerażeniem będzie wołać o pomstę do nieba, na ustach wykrzywionych i w oczach przekrwionych kamery dojrzą jedynie czyste szaleństwo. Nikt nie będzie miał wątpliwości. “Pan Niemowa, wyłudzacz i przestępca, mężczyzna po trzydziestce, właśnie jedzie prosto do więzienia, w którym spędzi resztę swojego życia”. O, nie! Na pewno ucieknę, ktoś mnie wykupi, będę udawał trupa, albo mój stan będzie bezsprzecznie najgorszy z możliwych, także będą zmuszeni osadzić mnie w innej instytucji, na przykład o złagodzonym rygorze lub też o całkowicie innym, medycznym charakterze. Mam w każdym razie wiele powodów, aby modlić się do boga, błagać o przebaczenie, padać na kolana, obwiesić się kilkoma różańcami i całować każdy krzyż. Treść mojej skrzywionej wyobraźni z pewnością pokryłaby kilka biografii członków gangów, skazańców sprzed ostatnich pięćdziesięciu lat. Czego ja już nie zrobiłem, czego mi nie zrobiono, czego nie wymyśliłem, czego ja tam nie przeżyłem? Byłem w tak wielu miejscach, czułem tak wiele, że sam już nawet nie wiem, gdzie mi się to mieści. Jednak nie modlę się, nie uznaję kościoła, nie widzę w świecie zbyt nasilonej obecności boskiej, a częściej jej brak. Jeśli ktoś moim losem i innych w ten oto sposób zarządza, to albo jest to dla nikogo niezrozumiałe zarządzanie wielkiego, szalonego geniusza, albo zarządzanie pijanego starca, który w przypływach gniewu i miłości pisze scenariusze naszych żyć na serwetce połamanym długopisem, siedząc na ławeczce podmiejskiego dworca. Ostateczna wersja jest taka, że nikt niczym nie zarządza, i jedynie my sami możemy sobie pomóc. Lub zaszkodzić...

Wolna wola to największa kara jaka mogła spotkać ludzkość, której globalny temperament zdaje się nie mieć talentu do wykorzystania jej we właściwy sposób. W wyniku poprzednich wcieleń, dysfunkcyjnego społeczeństwa, groteskowych i tragicznych jednostek dominujących media mierzę się ze złem i zepsuciem wielkiego kalibru w swojej biednej, małej głowie. Choć chętniej przyznaję się, że po prostu taki mam nader aktywny sposób na introwertyczną egzystencję, co by nie zrzucać winy na barki innych, nie karmić ego zewnętrznej świadomości zbiorowej zbyt tłustą karmą. To o dziwo wszystkich zadowala, a moja prawda staje się jeszcze bardziej niszowa i intymna. Warto dodać, że dzieje się w tym laboratorium zdarzeń metafizycznych, zwanym umysłem, również bardzo wiele dobrego. Jednak dobro od czasów jego narodzin mało kogo obchodzi, gdyż najlepiej prezentuje się w ustach kłamców, w galeryjnej witrynie, na półce z trofeami, w postaci filmowego bohatera, lub wtedy, gdy chcemy pokazać się z odpowiedniej, wizualnie i mentalnie, strony. Nie jest ono bowiem, aż tak bardzo przejmujące i podniecające. Dobro w negliżu jest równie kontrowersyjne, co zło w przebraniu. A co, jeśli role by się odwróciły? Nie chciałbym wiedzieć. Pomysłowość i kreatywność jednostek niewrażliwych emocjonalnie jest wyjątkowo niebezpieczna, kolorowa i nieprzewidywalna, zupełnie niczym palące się lasy Australii.

A co, jeśli stan faktyczny, okaże się fikcją? A co, jeśli to co znamy i uznajemy za absolutną rzeczywistość, okaże się jedną wielką holograficzną farsą oglądaną przez obcej rasy naukowców? A co, jeśli to, co faktycznie sobie wyobrażamy, dzieje się w tym samym momencie gdzieś na tym, bądź równoległym świecie? To jest równie pochłaniające i przerażające, co ciekawe i frapujące. Człowiek ma do wyboru uznawać z największą pewnością, że to, co go otacza jest jakie jest, i trzeba żyć rozważnie i mądrze, albo że wszystko to jest grą, i nie ma znaczenia w jaki sposób żyje, i co robi. Czy także tu prawda leży po środku? Ja tkwiłem po środku już wiele razy, i muszę przyznać, że jest tam dość ciasno i duszno jak na znamienitą, szlachetną i elegancką królową, zwaną prawdą. Nie chciałaby tam zagrzać sobie miejsca. A co, jeśli się mylę? Może prawda jest celebrytką beer craftów, umiejscowionych w wąskich kamienicach starówek, albo stałą bywalczynią klubów techno, tonących w oparach alkoholu, potu, i czego tam jeszcze, albo gwiazdą rocka, spędzając większość czasu na podróży autokarem, i jedynie od czasu do czasu rozbłyśnie na scenie przed publicznością, by następnie znowu się zbłaźnić w życiu prywatnym. 

I tak właśnie potrafię w nieskończoność...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Neoromantyzm

Matrix