Matrix
Wsiadam do metra, stacja Kabaty. Wejście do metra na wygwizdowie. Wąwozowa to jeszcze żwirowa droga. Las i moczary są na wyciągnięcie ręki. Wsiadam do wagonu, osób jest zaledwie kilka. Mogę wręcz leżeć na siedzeniach. Na kolejnych stacjach przybywa ludzi, jednak wciąż jest wiele, aby usiąść. Czytają gazetę, rozmawiają ze sobą, komentują wydarzenia, wymieniają poglądy. Tak kiedyś było. Nagle pstryk. Dwadzieścia lat później jadę metrem i stoję, zawsze stoję. A w środku mojego dorosłego ciała jestem chłopcem, patrzę oczyma tamtego młodzieńca na ten absurd, którego doświadczam w wagonie. Intuicja mi podszeptuje, że to przyszłość, ja jednak nie dowierzam. Zachodzę w głowę i na okrągło zadaje sobie to pytanie, kto miał tak perfidną i śmiałą wyobraźnię, aby wrzucić mnie do tego świata cyborgów. Z szeroko otwartymi oczyma obserwuję i nasłuchuję odgłosów w wagonie. Nic. Tylko szum metra i zapowiedzi lektora. Ludzie trzymają dziwne, płaskie urządzenia w dłoniach, po których bez przerwy ślizgają palcem, na głowach mają wielkie, świecące w kilku miejscach słuchawki, z których nic się nie wydobywa, żaden chrzest i stukot, a co więcej nie mają kabla. Czy oni w ogóle czegoś słuchają, czy to jakiś zapasowy mózg, albo dodatkowa pamięć? Nikt nic nie mówi, ledwo ktokolwiek na kogokolwiek patrzy. Wszyscy mają skierowane twarze w stronę tych świecących urządzeń. Pochylają się nad nimi jak w modlitwie, która zdaje się nie mieć końca. Czy utkwię w tym świecie na zawsze? Czy nie wylądowałem przypadkiem, całkiem przez pomyłkę, w rzeczonym Matrixie? Najwyraźniej. Widzę go z boku. Jestem w systemie i poza nim jednocześnie, zupełnie jak Keanu Reeves. W tej samej sekundzie chłopiec znika. Niby przebudzam się, i nie jestem ani w przeszłości, ani w przyszłości, lecz w teraźniejszości, która jest zlepkiem czasów jeszcze bez rozpowszechnionej technologii konsumenckiej i Matrixa. Jestem tu i teraz, gdzieś w przyszłości, którą może nawet udało się przewidzieć, a przed którą nie udało się uciec, i trochę w przeszłości, czego śladem są te same, stare korytarze komunikacyjne, jakby naniesione cyfrowo. A ostatecznie jestem nieodłącznym elementem tej lepkiej masy, ludzkiej komosy ryżowej.
Jeśli metro zapłonie, to spłonę razem z nim, i z nimi, i będę jednym z wielu, bezdyskusyjnie. Czy każdy jeden z nich to rozumie? Dla odkrywców przyszłych wieków będę jednym z szkieletów ery mobile sapiens, nieważne, że się z tym nie identyfikuję, nieważne, że czuję się inny, że nie chce przynależeć do tej ery, do tego miejsca, do tych ludzi, przynajmniej nie wszystkich. A jednak tworzę to, przez samą swoją obecność. I takich jak ja jest za pewne wielu. Oto świat poślubionych z urządzeniami indywidualistów, którzy tworzą największą społeczność w historii świata. Społeczność cyfrową, mającą nową tożsamość, nowe wartości moralne, estetyczne i intelektualne.
Żeby zbytnio nie pogrążyć się w tej paranoi, tu i teraz, na żywo, live in Warszawy, sięgam po telefon, żeby w nim te zmartwienia zapisać, żeby się z moim wiernym towarzyszem tym wszystkim podzielić.
Komentarze
Prześlij komentarz