Szklana Pułapka

Miałem 16 lat, nosiłem starą wyblakłą koszulę koloru czarnego, wytarte słuchawki na uszach, spodnie moro z grubym łańcuchem, który zwisał prawie do kolana. Ubiór ten wieńczyły schodzone, wysokie po kostkę, szyte z grubej, czarnej skóry buty. Chciałam wyglądać groźnie, ale nie nazbyt. Chowałem miękkie serce, pod twardym ciałem, niczym zastygła skorupa żywicy na skrzywdzonym drzewie. Chciałem być silny, będąc zbyt słabym, by tachać obosieczny miecz. Nadrabiałem charakterem. Jednak tkwiło we mnie pewne przekonanie, że siła nie musi wcale oznaczać siły fizycznej. Hartowałem i rzeźbiłem więc psychikę, ale ciężkie to było rzemiosło, a uświęcony cel zbyt daleko, by dostrzec go teleskopem. Byłem ponad tym wszystkim, ponad światem, który mnie otaczał, a jednocześnie tonąłem w nim, próbując złapać powietrze. Chciałem ożyć, obudzić się, zrozumieć.

Świat nie wydawał mi się normalny, ani wtedy, ani wcześniej, ani później. Obawiałem się, że żyję w szklanej kulce, w której, gdy się nią potrząśnie, zawiruje puszysty, biały śnieg. Najgorsze wydawało mi się to, że to nie ja potrząsam tą kula, lecz jest ona potrząsana. Niedorzecznie i spazmatycznie. Potrząsana przez nikomu nieznane siły, lub też przez zupełnie niewłaściwie osoby, i do tego w momencie, którego nikt nie jest w stanie odgadnąć. Świat widniał jako kolorowy, ale jego definicje były czarno białe. Ludzie byli mili i przyjaźni, ale najczęściej do czasu. Bez korzyści nie ma chęci. Ale jak tu pisać o ludziach, świecie, rzeczywistości, o nas samych, naszej wyobraźni, zasadach moralnych, skoro wszystko co nas otacza jest tak bezwzględnie względne. Tak wiele zależy od tak wielu czynników. Tak wiele czynników wpływa na niezliczone zależności pomiędzy zdarzeniami. Nie sposób jest w gruncie rzeczy o czymkolwiek wyrokować, cokolwiek oceniać, wysnuwać wnioski.

Nie miałem żadnych szans, aby to zrozumieć jako nastolatek. Dzisiaj to rozumiem, no i co z tego. Kula jest ta sama, a ja zamiast dziwić się wstrząsami, wyczekuję kolejnych, a pomiędzy nimi pielęgnuje swoją codzienność. Kiedyś wiedziałem za mało, byłem zajęty tym, aby wygrywać z demonami, które okupowały moją duszę. Dzisiaj wiem więcej, ale daleko mniej niż bym chciał. Zamiast walczyć z demonami, ignoruje je, choć muszę przyznać, że jest ich dużo mniej. Może jestem równie mało świadomy pewnych spraw, jak wtedy tamtych, które już dzisiaj są dla mnie całkowicie oczywiste. Czy naprawdę czeka mnie jeszcze tyle poważnych, bolesnych lekcji? Nie chciałbym czuć się jeszcze bardziej oszukany, niż wtedy, gdy odkryłem, że moje chęci nie wystarczą do tego, aby zmienić świat. Choć rzeczywiście silna wola i ambicja pozwalają na całkiem wiele. W międzyczasie zdążyłem swój wiek podwoić. Czy to wciąż za mało, co przeżyłem? 

Zapewne niejeden starzec, by mnie wyśmiał. 
Pytanie czy to by dobrze o nim świadczyło?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Młyn na myśli

Neoromantyzm

Matrix