Ucieczka
Wszystko dzieje się tak szybko. Wszędzie ciemno, tylko blask latarni próbuje dorównać słońcu. Jakiś wypadek, karetka, czuję, że serce mi się rozrywa. Domniemanego sprawcę chwytam z furią, kilkoma ciosami pozbawiam orientacji, uderzam w gardło, traci dech, łapie za łeb i skręcam mu kark. Sam nie wiem czy liczyłem na ulgę, jednak w tym samym momencie, zrozumiałem, że będę musiał do końca swoich dni na tej ziemi żyć w ukryciu, jeśli nie mam zamiaru spędzić ich w więzieniu. A nie mam zamiaru. Uciekam, ludzie za mną krzyczą, nikt jednak nie ma odwagi rzucić się za mną w pogoń. Biegnę dookoła do domu, w końcu tam raczej nikt nie będzie mnie szukał w pierwszej chwili. Pakuję do czarnej torby trochę ubrań i narzędzi, ładowarkę do telefonu, przenośny zasilacz na baterie słoneczne i dwie książki. Już mam wychodzić, kiedy słyszę zamieszanie na ulicy. Otwieram drzwi wejściowe do mieszkania i drzwi balkonowe na oścież, przywiązuję linę i rzucam za barierkę, po czym chowam się w garderobie pomiędzy ubraniami. Policja wpada do mieszkania. Widzą porozrzucane rzeczy, zapalone światło, stłuczony kubek w kuchni i otwarte drzwi balkonowe. Krzyczą, że uciekłem, po czym wybiegają. Na Pewno tu wrócą, otoczą teren. To był zły pomysł tutaj przychodzić. Rzucam mołotowa na środek Patio, ogień trawi przestrzeń osiedla niczym żarłoczna bestia.
Zanim się zorientowali, że to był rozpraszacz, ja zdążyłem wybiec z klatki przeskoczyć płot i zniknąć w chaszczach, które prowadzą do torów kolejowych. Uciekam granicą lasku wzdłuż linii kolejowej, gdzie wciąż działają skup metali i szrot samochodowy. Uciekam dalej, po torach. W końcu wsiadam do jakiegoś wagonu starej daty, który może jeszcze nie ma zainstalowanego monitoringu, na małym dworcu kilka kilometrów od domu. Jadę nie dłużej niż 40 minut i wyskakuje przez okno gdzieś w szczerym polu, podczas krótkiego postoju. Wnikam w gęstwinę lasu i zaszywam się w starej, rozpadającej się leśniczówce. Stare, śmierdzące, zakurzone koce ogrzewają mnie i chronią przed zmarznięciem. I co dalej? W głowie panicznie próbuje odgrzebać umiejętności nabyte na obozach przetrwania. Teraz jednak z siłą młota uświadamiam sobie, że to była zabawa. Jak zdobyć jedzenie, jak wypatroszyć królika, i czym, jeśli nie mam noża? Całkowicie się pogubiłem, nie ma przed czym uciekać, skoro straciłem moje ukochane, bliskie osoby.
Czy mam jakikolwiek powód by żyć? Powiedziałbym, że już nie. Czy chce żyć mimo wszystko? O dziwo tak. Może stanie się cud, może to tylko sen, może postaram się jak najdłużej przeżyć z przekory i w ukryciu. I w tej swojej paranoicznej wyobraźni widzę jak poszukuje, zbieram, poluje, przeżywam straszliwe chwile słabości, samotności, choruję i zdrowieję, raz przymieram głodem, raz wzrastam powstając z kolan. Uszczelniam ściany i dach, uczę się wyrabiać narzędzia, urządzam się w tym niewielkim przybytku, i codziennie z nieocenioną radością rozpalam domowy żar w niewielkim piecyku. I nikt absolutnie się mną na tym odludziu nie interesuje. Wędruję po lesie, brudny, samotny i głodny i nie wiedzieć czemu, ku mojemu przerażeniu postrzegam, że zawsze o tym marzyłem. Choć nadal się boję, że mnie złapią, że umrę, że ktoś mnie rozpozna, zabije w zemście, to odczuwam błogą obojętność i odkrywam boski spokój. W porównaniu z tamtym światem, moje zmartwienia są tutaj znikome. Jem korzenie i leśne jarzyny, zaparzam korę i pokrzywę wodą ze strumienia w metalowym rondelku, który znalazłem w rozpadającej się szafce. Oddycham tlenem do syta i napawam się bogactwem milczenia.
Czy chcę obudzić się z tych majaczeń i przytulić do żony i córki, mimo problemów, trudów życia w doczesnym świecie. Bardzo chcę, i na szczęście wciąż mogę. Bo miłość jest nietykalna.
Komentarze
Prześlij komentarz