Imago

Nigdy mnie szkoła nie interesowała. Już jako ośmiolatek przeczuwałem, że system edukacyjny zakrawa conajmniej o groteske. Potem z każdym rokiem byłem tego coraz bardziej pewien, a w końcu stało się to krystaliczną rzeczywistością i święta prawdą. Nie mniej jednak jakoś się przedarłem bez skuchy, ale i bez intelektualnej ekstazy. Dopiero na późnych studiach byłem w stanie zaakceptować tę dziwną metodę przekazywania teorii przez praktyków, czy też prowadzenia zajęć praktycznych w teorii przez autorytety, zwanymi wykładowcami. Do wielu interesujących zajęć i dziedzin nauki miałem okazję rozpalić swoją ciekawość, by zaraz potem ją ugasić. Choć słomiany zapał towarzyszył mi od dziecka, to jednak w końcu zrozumiałem, że to nie moja wina, lecz tego, że ja osobiście nie pasowałem do tego, w jaki sposób funkcjonuje świat, który mnie skutecznie i wbrew mojej woli do siebie zniechęcał. A może to przez wrodzoną wrażliwość oraz nabyty dystans do spraw oczywistych… Dlatego Zastanawiałem się czy jest jakakolwiek szansa, żebym się w tym świecie odnalazł. Wielu się to nie udaje, i z bezsilności oddają ciało ziemi, inni żyją dalej, ale sami nie rozumieją po co, i o dziwo są także tacy, którzy wcale nie chcą się dowiedzieć. Obawiałem się, że do końca życia będę błąkał się między dezorientacją a przebudzeniem. Świat jest w pewnym sensie wręcz biednie przewidywalny i zmusza do obrania konkretnej drogi, której należy się trzymać. Zatem postanowiłem wreszcie ją wybrać, zupełnie niczym ulubiony kolor pionka w grze planszowej, bez większego przekonania i bez ideologizmów, jednak z niejaką ekscytacją, dokąd zabierze mnie ta szutrowa ścieżka, tak na poważnie. Było radośnie i smutno, ciekawie i nudno, fajnie i marnie, w górę i w dół. A teraz wiem, że ten, kto nie wybiera, choćby jedynie koloru pionka, nie będzie grał w grę planszową. Będzie błąkał się na marginesie planszy, raz płakał z poczucia nieszczęścia i narzekał na los, raz śmiał z innych i pouczał ich jak żyć. Ewentualnie zostanie czarnym rycerzem, przestawianym z kąta w kąt, na życzenie innych. 

Zatem dostosowałem się do zasad gry, jednocześnie kształcąc swoją własną strategię i pomysł na współzawodnictwo, relacje z otoczeniem, pomysł na siebie i swoją drogę. I jak kiedyś nie oglądałem się na innych, bo uważałem, że inni nie wiedzą, co mówią, tak teraz nie oglądam się na innych, bo wiem, że nawet jeśli wiedzą, co mówią, to mówią o sobie, nie o mnie, i mają swoją drogę, na której moja noga nie postąpi.

Mój umysł się otworzył na wiedzę, ciekawość rozpaliła się do rozmiarów oceanu, świadomość wybuchła radosnymi kolorami niczym indyjski festiwal, podświadomość głucha i niema została mistrzowskim suflerem, intuicja wpadła na obiad i została na dłużej, synapsy wykwitły jak na sterydach, a wyobraźnia przerosła sama siebie. I choć jeszcze mniej niż kiedykolwiek potrafię pojąć kim jestem i gdzie żyję, to jest mi dużo łatwiej o tym myśleć, rozmawiać i pisać. Ty samym jednym z wielkich sensów mojego życia jest zrozumienie tego, że będę go szukał i zgłębiał a nie znajdywał i osiągał. Nie boję się patrzeć w przyszłość, nie obawiam się marzyć, nie lękam się tego, co nie jest zależne ode mnie. Poza tym jestem wdzięczny za to, co mam, a także za to czego nie mam, a co mogłoby mnie zgubić, zepsuć, bądź zaprowadzić w ślepy zaułek. 

Gdybym wiedział, że to zrozumiem będąc nastolatkiem, pewnie mógłbym sobie darować psychiczne degrengolady, myśli autodestrukcyjne, strach przed dorosłością, przed obowiązkami, odpowiedzialnością. Jednocześnie wiem też, że wszystko jest po coś. Nie mogę powiedzieć, żebym był nieszczęśliwy, wręcz przeciwnie. Rzeźbienie dłutem boli, to prawda. Oszlifowany, kształtny posąg różni się od głazu - to też jest prawda. Podsumowując, nie zamieniłbym dłuta na dotyk ślepego losu. Chcę żyć i doświadczać więcej, dalej, mocniej, głębiej, wyżej, głośniej… 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Młyn na myśli

Neoromantyzm

Matrix