Kolaż

Ten wzrok, ich i mój. Kiedy jedziemy autobusem, wtedy widzę że mnie namierzają. On to jest pewnie taki normalny, a ja mam same problemy. A nie raz słyszę w głowie czyjeś słowa. Co to jest za koleś? Chyba ma autyzm. Wyautowany na maksa. Ja natomiast patrzę na te twarze, i zaglądam w te ich oczy i zastanawiam się czy myślą o tym samym co ja, że w każdej chwili coś tu może się wydarzyć, czy oczyma wyobraźni widzą ten dramat, ogień, chaos, czy słyszą strzały i wybuchy, krzyki, błagania. A może próbują jedynie w samotności rozwikłać swoje zagwostki egzystencjalne. Tak często mnie to zajmuje. Tak często uważam siebie za eksperta w tej dziedzinie, że potrafię odgadnąć czyjeś emocje, to, co działo się przed chwilą, i co być może zaraz się stanie. Jednak gdy wysiadam i dostrzegam własne spokojne, ciche oblicze w obliczu wewnętrznych przeżyć, zadziwiam się w jak głębokim błędzie najprawdopodobniej jestem. Albo i nie. A może jednak tak. O prawdę jest trudno. A im bardziej chce jej dociec, tym gorzej dla mnie. Pewnie gdybym chciał za nią zapłacić, zostałbym nędzarzem. Gdybym zechciał o nią walczyć, nie uzyskał bym wiele ponad kulę u nogi i żelazną obrożę na szyi. 

Raptem wsiadam do metra i wszystko jest takie zwyczajne, miastowe, jednostajne, spokojne, bez zmian, bez atrakcji. Ludzie wciskają się do metra niczym owce do zagrody. Obserwuję te stada ludzkie i nie mogę uwierzyć, że to są rozumne istoty, które kierują się czymś więcej niż zwierzęcą intuicją. Najgorsze jest to, że sam jestem czasem zmuszony w tym uczestniczyć. Przecież nie mogę być jedyny, który robi coś, czego nie chce. Ile jest takich osób, które w takim momencie chciałyby spalić się ze wstydu za tych wszystkich innych? Ile jest osób, które chciałby być gdzieś indziej? Ten zakątek uniwersum, wraz z metrem i biedronkami, lidlami, galeriami, kinami i ulicami, to przerażający zbiór zagubionych dusz, nieobecnych umysłów. A może to tylko ja się tak nakręcam. Pewnie wszyscy są normalni, i robią to bo muszą, chcą, potrzebują - dla mamy, dziadka, dziecka, rodziny, siebie samych, po prostu. Zwłaszcza dla pieniędzy, uznania, godnego bytu, wrażenia nowoczesności. Ale mogę się założyć, że gdyby wszedł typ z kałachem, to wszyscy, jak za czarodziejską różdżką, zamieniliby się w piszczące i wrzeszczące, przerażone i uciekające w popłochu małpy, a cały nasz dobytek intelektualny i dziedzictwo kulturowe holocenu przepadłyby z wielkim hukiem. Przecież widzę to po ich wzroku. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Młyn na myśli

Neoromantyzm

Matrix